02 grudnia 2014

♥ Your life in your hands...



"Twoje życie jest w Twoich rękach.
Bez względu na to, kim jesteś i co się wydarzyło w Twoim życiu,
możesz zacząć świadomie wybierać swoje myśli i tym samym zmienić życie.
Nie ma czegoś takiego jak beznadziejna sytuacja.
Każda okoliczność Twojego życia może się zmienić!"

Rhonda Byrne - "Sekret"



Witam po bardzo długiej przerwie :) Cieszę się, że w końcu wróciłam! Potrzebowałam trochę odpoczynku, głównie ze względu na sprawy osobiste. Nie za bardzo lubię pisać o sobie aż tak szczegółowo, jak zamierzam zrobić to dzisiaj. Wierzę jednak, że po opublikowaniu tej noty, każdy kto ją przeczyta, zatrzyma się na chwilę, pomyśli o sobie, bliskich i zastanowi się co dalej... Może akurat komuś w ten sposób pomogę, bo właśnie tego pragnę dzisiaj najbardziej.

Zacznę może od początku. Kiedy miałam sześć lat, okazało się, że choruję na tarczycę. Nic strasznego, wielu ludzi cierpi na nadczynność czy niedoczynność tego gruczołu. Jednak choroba ta jest trochę uciążliwa. Leczenie się przez około osiem lat bywało niekiedy męczące. Przyjmowanie tabletek jak witamin, częste badania krwi, USG, dwie wizyty w ciągu roku w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie, opuszczanie lekcji, kiedy tak bardzo jako dziecko nie chciało się tego robić, brak kontaktu z koleżankami przez ten jeden dzień w półroczu, czekanie kilka godzin na korytarzu na swoją kolej, dojazd -  zapewniam, to nic miłego. Było, minęło. Przynajmniej tak mi się wydawało... Mijały lata, leki odstawiono na czas dojrzewania, a potem? Potem to zaniedbałam. Zawsze znajdowałam wytłumaczenie, że na to czasu nie mam. Owszem, na badania krwi chodziłam regularnie - dwa razy w roku. (Na tym punkcie akurat jestem przewrażliwiona i o to staram się dbać. ) Jednak te wyniki zawsze miałam świetne, w związku z tym stwierdziłam, że nie ma potrzeby tułać się po endokrynologach, bo po co, skoro TSH jest w końcu w normie. I tak przez kilka lat... W końcu rodzina zaczęła mnie męczyć, że niby moja szyja jest gruba, a wole bardzo widoczne. W związku z tym wybrałam się na USG. Było to prawie rok temu. Usłyszałam, że mam guzki - dość sporo, jednak leczenia nie należy podejmować, tylko obserwować tarczycę. Pomyślałam "okay, nic strasznego, pójdę na kolejne USG za pół roku". I tu popełniłam wielki błąd, poszłam na wizytę bez konsultacji u endokrynologa i posłuchałam pana radiologa, który wykonał mi badanie. Po kilku miesiącach umówiłam się na kolejne USG, ale już w innej przychodni. I tutaj się przeraziłam. Dowiedziałam się, że jak na swój wiek mam zdecydowanie za dużo guzków, a moja tarczyca wygląda jak u siedemdziesięciolatki. Potem usłyszałam o propozycji operacji. Pomyślałam "że co proszę? Ja i operacja? Osoba, która była fanką wychowania fizycznego, jeździła na zawody, młoda, której praktycznie nigdy nic nie bolało, nigdy nic sobie nie złamała, ma teraz poddać się operacji, a potem przez minimum miesiąc nie wysilać się fizycznie? To chyba żart! Nie będę bezczynnie siedzieć przecież w domu! Nie zrezygnuję z pracy!" Przyszła panika, płacz, zastanawianie się któremu lekarzowi wierzyć, co dalej, czy wszystko będzie dobrze... Te myśli chodziły za mną, aż do uzyskania wyników biopsji. Okazało się, że moje wyniki badań krwi są świetne, podobnie jak te z biopsji. Niewiele rozumiałam z tego medycznego żargonu zapisanego na mojej kartce. Lekarka wytłumaczyła mi, że według badań nie mam żadnych komórek rakowych! Jednak na 100% nikt nie może mi tego zagwarantować, ponieważ lekarz nie jest w stanie sprawdzić każdego guzka podczas biopsji. Teraz przyszło mi czekać pół roku do kolejnego badania USG i jeżeli nic się nie zmieni, poddam się operacji, żeby w przyszłości nie mieć żadnych problemów związanych z tą chorobą, a tym bardziej, żeby nie miały ich moje dzieciaki. Choroba tarczycy jest niestety zagrożeniem dla płodu, dlatego tym bardziej zachęcam wszystkie kobiety, które cierpiały na nadczynność czy niedoczynność, aby przed planowaniem ciąży, zbadały się wcześniej w tym kierunku. Jeśli natomiast czekasz na operację tarczycy, nie masz się czego bać. To powszechny zabieg, przy którym bardzo rzadko dochodzi do komplikacji. Lepiej się na niego zdecydować niż z tym żyć.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam, a tym bardziej, że moja historia Was nie urzekła i nie wzruszyła ;) Kompletnie nie o to mi chodziło. Moim celem było otworzenie oczu tym, którzy zaniedbują swoje zdrowie. Ja bardzo żałuję, że nie opamiętałam się wcześniej. Jednak cieszę się, że w końcu to zrobiłam. Dlatego też, proszę i Was, badajcie się. Wykonujcie badania krwi dwa razy w roku. Jeśli coś Was niepokoi, nie pasuje, wygląda podejrzanie, sprawdźcie to! Jeśli chorowaliście na jakąś chorobę i wydaje Wam się już wszystko jest w porządku, kontrolujcie to! Myślisz, że choroba Ciebie właśnie nie dotyczy, bo jesteś wysportowana/y, silna/y fizycznie? Możesz się mylić! Zbliżają się Mikołajki. W ramach prezentu wyślij bliską Ci osobę na badanie profilaktyczne. Przecież nie mając zdrowia, nie będziemy mieli nic... Od tego się zaczyna. Zdrowie jest najważniejsze! Tak więc, Twoje życie w Twoich rękach... Pamiętaj.

4 komentarze:

  1. Bardzo mądre słowa. Zdrowie to najcenniejszy skarb i ono wszystko warunkuje. W ramach prezentu od Mikołaja zapiszę samą siebie do endokrynologa, bo ostatnio byłam we wrześniu rok temu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę :)
      Właśnie o to mi chodziło! :))

      Usuń
  2. Zgadzam się z poprzedniczką. Warto, a nawet trzeba dbać o swoje zdrowie poprzez regularne badania. :) Ten post mi również dał wiele do myślenia - najwyższa pora zrobić przegląd :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję bardzo za wszystkie komentarze.



Thank you very much for all comments.