12 lutego 2013

♥ Crazy, funny and...embarrassing trip to Cracow.



W ostatni weekend lutego miałam przyjemność wybrać się do Krakowa. Było to koniecznością ze względu na to, że studiuję na jednym z tamtejszych uniwersytetów. Konkretnie uczę się w zamiejscowym ośrodku w swoim mieście, ale niektóre zajęcia (nie)stety muszą być zrealizowane w macierzystej uczelni. Tak więc wyruszyłam w sobotę rano rezygnując jednocześnie z zajęć, które tego dnia odbywały się na miejscu. Wybrałam tak, ponieważ chciałam spędzić czas z kuzynką, która na stałe mieszka w Krakowie, pójść na zakupy oraz spokojnie wyspać się na kolejny dzień zamiast wyruszać w niedzielę o szóstej rano...

Moja podróż minęła bardzo szybko i spokojnie przy ulubionej muzyce płynącej z mp3. Nie zdążyłam nawet przeczytać magazynu specjalnie zakupionego w celu umilenia sobie wycieczki. Kiedy autobus zatrzymał się na dworcu poszłam za radą obeznanej dobrej duszy, która powiedziała mi kilka dni wcześniej "po prostu idź za wszystkimi". Dodam, że wybrałam się do Krakowa niestety sama, a orientacja w terenie nie jest moją dobrą stroną, szczególnie w tak dużym mieście... Wcześniej bywałam tam raz na rok i moim celem była tylko i wyłącznie Galeria Krakowska, a potem z powrotem dom... W każdym bądź razie zrobiłam tak, jak mi poradzono, czyli poszłam za większością. Chociaż tutaj nie czułam się jakoś niepewnie, ponieważ kojarzyłam jak dotrzeć z dworca do galerii. I dotarłam! Uwinęłam się w niej dość szybko. Kupiłam śliczną spódnicę mini w kształcie trapezu równoramiennego, z dwoma kieszonkami, w różowym kolorze marki Reserved. Oczywiście na wyprzedaży, dokładnie za 29,99 zł. I tutaj pojawił się pierwszy sprawdzian. Pani przy kasie zapytała mnie: "Można zbliżeniowo?". Niewiele myśląc odruchowo odpowiedziałam: "Tak, tak". Nie wiedząc w ogóle czy mam taką opcję... Ale udało się! Ufff... Potem przyszedł czas na kolejny test. Tym razem w H&M, gdzie znalazłam piękne, srebrne sandałki glitter za jedyne 30 zł! Tutaj również płaciłam kartą, ale starym sposobem. Problem pojawił się przy wbijaniu kodu pin. Pomyliłam się, a próbując drugi raz wyskoczyła odmowa... Wiadomo, dla każdego człowieka jest to sytuacja wstydliwa, ale okazało się po prostu, że musiałam wpisać pin ponownie i wszystko było już dobrze! Po chwili dołączyła do mnie moja kochana kuzynka, z którą jeszcze poszperałyśmy po sklepach, potem wybrałyśmy się do drugiej galerii, następnie coś zjeść, aż w końcu wylądowałyśmy w przytulnym mieszkaniu.

Niedziela była niestety gorsza i bardziej zwariowana... Rano na przystanek autobusowy odprowadziła mnie ciocia. Miałam wysiąść pod Uniwersytetem Rolniczym, a wysiadłam sobie na przystanku o takiej nazwie... Czyli czekała mnie jeszcze polowa drogi... Pomijam to, że kupując bilet w automacie autobusowym ze stresu nie widziałam gdzie mam wrzucić pieniądze... Oczywiście dalsze sytuacje miały zagrania stereotypowej blondynki. Co z tego, że nauczyłam się obsługi automatu (zresztą banalnego jak się okazało), skoro nie skasowałam biletu. Myślałam, że jest jak w moim mieście, czyli jest wybita godzina zakupu i ważności, więc nie trzeba go kasować. Szczęście w nieszczęściu, że nie miałam "przyjemności" spotkać kontrolerów...

Dotrzeć na uczelnię pomogły mi dwie starsze, bardzo uprzejme panie. I tutaj znowu gafa. Kupiłam kolejny bilet, który tym razem skasowałam, ale jak się okazało był to niepotrzebny wydatek, bo poprzedni, nawet nieskasowany był nadal ważny... Ale w końcu dotarłam na miejsce! Zadzwoniłam więc do przyjaciółki, żeby dowiedzieć się w jakiej sali mamy zajęcia, a tu niespodzianka! W telefonie usłyszałam pytanie: "Nie czytałaś maila? Mamy przeniesione zajęcia do drugiego budynku uczelni". Myślałam, że oszaleję!!! Na szczęście mamy na roku świetna starościnę, która pokierowała mnie na tramwaj pod właściwą uczelnię, a konkretniej zrobiła to starsza pani, która wcześniej poprosiła mnie o odczytanie jej kursu. Były to tylko trzy przystanki, a blondynkę naszło pytanie: "Jak się kupuje bilet w tramwaju?". Na szczęście tak samo jak w autobusie! W końcu dotarłam do celu! Mimo wielu przeszkód spóźniłam się tylko dziesięć minut. Po wykładach wybrałam się ponownie do Galerii Krakowskiej, ponieważ skończyłam zajęcia dużo wcześniej. W Bershce udało mi się kupić letnią sukienkę w kolorze ecru za 34,99 zł, a w Terranovie jegginsy za 19,99 zł. Obyło się bez szaleństwa zakupowego. Zdobyłam rzeczy w świetnej cenie, z czego jedną akurat potrzebowałam. W najbliższym czasie postaram się przygotować post z tymi zdobyczami :)

Podsumowując powyższą historię, mogę powiedzieć tyle, że niektóre chwile były dla mnie naprawdę straszne, a niekiedy po prostu żenujące. Teraz mam z tego ubaw, ale wcześniej nie było mi do śmiechu ;)
Mam nadzieję, że taka sytuacja się już nie powtórzy.

1 komentarz:

  1. Bardzo fajną podróż miałaś, zdjęcia super ;)
    Pozdrawiam Daria.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję bardzo za wszystkie komentarze.



Thank you very much for all comments.